Tybet, Falun Gong, polityka... Poza tym
nie ma problemów.


Za dnia jako Li Chin Sung prowadzi wytwórnię Noise Asia promująca młodych artystów popowych i rockowych. W nocy jako Dickson Dee eksperymentuję z muzyką elektroniczną. Rozmowa z producentem i artystą pochodzącym z Hongkongu.


Jak w ciągu ostatnich 20 lat rozwijał się przemysł muzyczny w Chinach i Hongkongu?

Oczywiście należy wyraźnie oddzielić sytuacje w Chinach i w Hongkongu. W Chinach radio kiedyś nadawało tylko pieśni patriotyczne, muzykę narodową lub klasyczną. W połowie lat 80-tych Chiny powoli otwierały się na świat i zaczęła napływać do nas kultura zachodnia. Pierwsza gwiazda rocka debiutowała około 1985 roku. Nagrania zagraniczne docierały dzięki studentom, którzy przyjeżdżali na stypendia i przywozili ze sobą muzykę na kasetach. Natomiast Hongkong był angielską kolonią, więc nie mieliśmy większych problemów z dostępem do płyt.



Zaczynałeś od importowania płyt, później byłeś współwłaścicielem wytwórni Sound Factory, a obecnie Noise Asia. Czy prowadzenie takiego biznesu w Azji opłaca się?

Dla mnie muzyka jest przede wszystkim ogromną pasją. Ideą Noise Asia jest promowanie artystów, a nie tylko wydawanie czy dystrybucja płyt. Pomagamy artystom podpisać kontrakt, zadebiutować na scenie, zorganizować trasę koncertową. Początki interesu nie były łatwe. W 1988 sprowadziłem po raz pierwszy album Dead Can Dance Serpent's Egg, sprzedałem dwie sztuki. Kolejny album zeszedł w nakładzie tysiąca egzemplarzy, a w 1995 sprzedałem już dwa tysiące ich płyt. Na początku lat 90-tych otworzyłem z Henym Cockiem wytwórnię Sound Factory i wydawaliśmy płyty Otomo Yoshihide, Jona Rose, Chrisa Cutlera, Freda Fritha. W kraju ruszyło kilka magazynów, rozgłośni radiowych. Zabraliśmy się za promocję rodzimych artystów. Znaleźliśmy ciekawe zespoły. Nie zrobili zawrotnej kariery, ale wielu z nich zaczęło się przewracać w głowach. Henry robił, co mógł, woził artystów swoim BMW, sponsorował noclegi w drogich hotelach. W końcu odszedł. Ja kontynuowałem działalność jako Noise Asia.

W połowie lat 90-tych zacząłeś również karierę muzyczną. Zająłeś się muzyką eksperymentalną. Jak doszło do tego, że zadebiutowałeś albumem Past w barwach nowojorskiego Tzadika?

To wszystko zasługa Johna Zorna. W 1994 roku przyjechał po raz pierwszy do Hongkongu na koncerty razem z Japończykiem Yamatsuka Eye. Tak mu się spodobały moje nagrania, że koniecznie chciał je wydać. Nigdy nie planowałem zostać muzykiem, nie potrafię grać na żadnym instrumencie i nie mam odpowiedniego wykształcenia. Na potrzeby wytwórni zbudowałem sobie w domu małe studio, gdzie miałem kilka magnetofonów i stół mikserski. Nie wiedziałem do końca, jak je obsługiwać. Próbowałem – nagrywałem dźwięki miasta, rozmowy przyjaciół, a później przetwarzałem. Robiłem to, kiedy chciałem trochę odpocząć od pracy i zrelaksować się. I tak przez kilka lat uzbierałem materiał, z którego na prośbę Zorna przygotowałem płytę.

Czy właśnie eksperymentalna muzyka Zorna i Eye ma największy wpływ na ciebie i innych twórców w Chinach i Hongkongu?

Rzeczywiście moment przyjazdu tych dwóch muzyków dał początkowy impuls twórczości awangardowej w naszym kraju. Ja natomiast wyrastałem na muzyce brytyjskiej. Razem z moim pierwszym gramofonem dostałem winyl New Order. Później dotarłem do Joy Division, artystów z 4AD i Creation, których zacząłem wydawać. W latach 80-tych znaliśmy również całą scenę muzyki industrialnej. Na pewno zapożyczyłem od nich jakiś mroczny element, ale starałem się szukać własnej drogi.

Nagrywałeś tybetańskich i mongolskich muzyków ludowych. Jak doszło do waszej współpracy?

Zostałem poproszony o skomponowanie muzyki do wielkiego spektaklu z muzyką tybetańską. Zabrałem laptopa i pojechałem nagrywać. Muzycy byli na początku trochę nieufni, ale kiedy zorientowali się, że ich rozumiem, rozpoczęliśmy współpracę. Nagrywałem poszczególne instrumenty, zapętlałem niektóre partie, bo muzycy nie trzymali rytmu. Po sukcesie współpracy z Tybetańczykami postanowiłem zrobić coś podobnego po raz drugi. Nawiązałem kontakt z Ośrodkiem Tradycyjnych Mongolskich Tańców i Pieśni, pojechałem na nagrania terenowe. Spotkałem znakomitych muzyków i założyliśmy trio.

Jakiego rodzaju działalność muzyczna może być realizowana w chińskich warunkach politycznych?

Mieszkam w Hongkongu, więc w Tybecie i w Mongolii nie traktowano mnie jak Chińczyka. Obdarzano zaufaniem. Tybet jest prywatną sprawą Chin i nie chcę zabierać głosu w tej sprawie. Byłem tam z pięć razy i czułem się bardzo dobrze. Nie słyszałem niczego dramatycznego, o czym piszą zagraniczne magazyny. Natomiast w Chinach panuje zasada, że nie wolno publicznie poruszać trzech tematów – Tybetu, sekty Falun Gong i polityki. Poza tym nie ma większych problemów. Na koncerty potrzebne jest pozwolenie od władz: wystarczy przedstawić krótko twórczość artysty i listę utworów, które wykona. Coraz mniej osób dopełnia i tych formalności – często wystarczy pójść na komisariat i porozmawiać. Trudniej jest z większymi koncertami. Madonna za obsceniczne zachowanie czy U2 za krytykę polityki tybetańskiej raczej nie dostaną pozwolenia na koncert.



Rozmawiał Jacek Skolimowski
zdjęcie: Bartosz Żuk




Wywiad ukazał się oryginalnie na stronach Polskiego Radia
wraz z tekstem "Czerwone beaty" Jacka Skolimowskiego.
 
 

    fotografia, sztuka, kamery, muzyka
    audiotong.net 2005 | L4 design